home

Z Jackiem Słowakiem przez świat

  • Napisany przez:
  • Skomentuj
  • Pin it

Laos był kolejnym miejscem, do którego dotarła ekipa podróżników dookoła świata z Jackiem Słowakiem, nauczycielem Społecznej Akademii Nauk w Kielcach. Sylwestrową noc Jacek i Michał spędzili sami na bezludnej wysepce na Mekongu.…

Pierwsza noc pod namiotem

Podróż z Kambodży do granicy z Laosem zajęła im ok. 12 godzin. Ok 2 km przed przejściem musieli wysiąść z autobusu i iść pieszo do Voen Kham.

– Na granicy nabyliśmy wizę za 35 dolarów amerykańskich, ale na tym nie koniec, bo zarówno przy wyjściu z Kambodży jak i przy wejściu do Laosu trzeba było wyciągnąć z kieszeni jeszcze po 2 dolary. Potem – kolejne 3 dolary za wbicie wizy. Wsiedliśmy w autobus i udaliśmy się w okolicę delty Mekongu. Było już ciemno, kiedy wysiedliśmy z autobusu – opowiada Jacek Słowak.

Małym czółnem z zamontowanymi silniczkami zostali przewiezieni na wyspę Don Det.

– To jedna z wysp archipelagu Si Phan Don, tłumaczone jako „Cztery Tysiące Wysp”. Nie mieliśmy możliwości znalezienia tam jakiegokolwiek hostelu, więc mimo ciemności rozbiliśmy namiot i padliśmy od razu, zmęczeni długą podróżą – wspomina.

Kiedy się obudzili zobaczyli przepiękne widoki.

– Patrzyłem wtedy na jeden z najpiękniejszych wschodów słońca w całej naszej wyprawie. Z każdą sekundą niebo mieniło się coraz intensywniejszymi kolorami, refleksy światła igrały na rzece, z której wystawały ciemne, rogate kształty – bo właśnie stado bawołów przeprawiało się na drugi brzeg Mekongu. To był dzień 26 grudnia – pogoda była wspaniała, wymarzona na to, by przejść wyspę wzdłuż i wszerz – dodaje.  – Na jednej z głównych uliczek Don Det znajdowało się kilka lokalików z miejscową kuchnią, dla której bazą jest ryż – przyrządzany tak, by był lepki, formowany w kulki, do jedzenia palcami. Można tu zjeść zupę z mrówczych jaj, bawole mięso, prażoną bawolą skórę jako przekąskę, czy szaszłyki z bawolego serca i języka. Nie brakuje też oczywiście ryb – podkreśla.

Rowerami na Don Khong

Następnego dnia postanowili wypożyczyć rowery i pojechali na Don Khong – największą wyspę archipelagu Si Phan Don.

– Zawitaliśmy do szkoły podstawowej, gdzie życzliwie zaproszono nas do wzięcia udziału w lekcji geografii – mając do dyspozycji mapę świata (komputery niestety jeszcze są poza zasięgiem szkoły) pokazaliśmy dzieciakom Polskę i opowiadaliśmy o niej. W przystani rybackiej obdarowano nas świeżo złowionymi dorodnymi rybami. W pewnej chwili, gdy przejeżdżaliśmy przez nieduży mostek łączący Don Det i Don Khong, nasze uszy uchwyciły w pobliżu polską mowę – zawróciliśmy i przywitaliśmy się z ziomkami. Było to polskie małżeństwo, oboje pracujący w Pekinie, a przebywający w Laosie na tzw. „nicnierobieniu” – wspomina Jacek Słowak.

Nad wodospadem Khon Phapheng, największym wodospadem Azji Południowo-Wschodniej chcieli obejrzeć zachód słońca, niestety pogoda pokrzyżowała plany.

Sylwester na bezludnej wyspie

Na bezludnej wysepce na Mekongu postanowili spędzić Sylwestra. Zawiózł ich tam rybak i zaopatrzył w ośmiornicę i ryby, które upiekli w ogniu na własnoręcznie zrobionym drewnianym ruszcie.

– Świętowaliśmy nadejście Nowego Roku wspominając w jak odmiennych warunkach i klimacie spędzaliśmy – także wspólnie – poprzedniego Sylwestra: w mroźnych, ośnieżonych Bieszczadach w namiocie. Teraz – nad głowami pięknie błyszczało morze gwiazd, za plecami szemrał i mruczał Mekong, na ogniu przygotowywała się wspaniała uczta – był to jeden z najprzyjemniejszych, najbardziej odprężających momentów naszej podróży, prawdziwy odpoczynek. Ze smacznego snu zostaliśmy wyrwani przez dziwne odgłosy i wrażenie, jakby nasz namiot był „macany” z kilku stron – poranną wizytę złożyła nam bawolica z kilkoma młodymi! Przypłynęły nad ranem i zainteresowało je nasze ognisko, jednakże z uwagi na to, że bawoły są równie płochliwe co potężne, czmychnęły przestraszone, gdy tylko zaczęliśmy gramolić się z namiotu. Przepłynęły na sąsiednią wysepkę – wspomina podróżnik.

Kiedy znaleźli się na Don Det poznali dwie Niemki – podróżniczki zwiedzające samotnie tzw. trójkąt azjatycki (Tajlandia, Kambodża i Malezja).

– Dołączyły do nas i pozwoliły oprowadzić się po wyspie, która je zachwyciła. Wspólnie obserwowaliśmy harce rzecznych delfinów. Był to nasz ostatni dzień w dolinie Mekongu, dlatego zaprosiliśmy nasze nowe znajome na pożegnalne ognisko i pieczone ryby, jako że bardzo zainteresowały się naszym pomysłem objechania świata dookoła – niemal do rana dzieliliśmy się więc z nimi przeżytymi już po drodze wrażeniami i snuliśmy dalsze plany – dodaje.

„Oaza nic-nierobienia”

Nasi podróżnicy z sentymentem wspominają wyspy Si Phan Don.

– Doszliśmy do wniosku, że jest to najbardziej zielone miejsce, które ujrzeliśmy w czasie całej wyprawy dookoła świata. Tubylcy sprawiali wrażenie totalnie zrelaksowanych, rzec można, że jedynym, co zaprzątało głowy tych pogodnych ludzi było „nic nierobienie” – w stwierdzeniu tym nie ma żadnej przesady. Odnosi się wrażenie, że rytm ich dnia nie jest skażony odliczaniem czasu – tutaj kalendarz i zegarek nie mają nic ciekawego do „powiedzenia”. Bujanie się w hamaku w cieniu, gdy wokoło słońce świeci jest jednym z bardziej zaawansowanych aktywności tubylców. Przydomowe knajpki gastronomiczne – niby otwarte, a jakby zamknięte. Jeśli już kucharce przyjdzie do głowy przypadkiem wychylić nos z kuchni do klienta, to zaraz może się okazać, że zamówione jedzenie w tej chwili jeszcze biega na dwóch nogach po podwórzu i trzeba „trochę” poczekać, aż trafi do garnka. Albo, że owa kucharka musi iść kupić potrzebne produkty do sklepu obok, co też uczyni nieśpiesznym krokiem. Panujący tutaj wszędzie spokój i powolność, czyniący z tego miejsca „oazę nic-nierobienia” udzielił się i nam – czas tam spędzony pozwolił nam zregenerować siły i wypocząć przed kolejnymi etapami wyprawy – opowiada Jacek Słowak.

Następnie udali się do miasta Pakse.

– Zdarzyło się tam coś, co na pierwszy rzut oka nie powinno zaprzątać w ogóle uwagi, ale jak się okazało później miało wpływ na rozwój wypadków. Otóż, gdy wychodziłem z autobusu, nagle pękła drewniana deska w kładce i w szczelinę wpadła moja noga. Powstała jedynie mała centymetrowa ranka na nodze, ot zwykłe otarcie, bagatela. Jak się okazało później ta mała ranka nie dała o sobie zapomnieć przez znaczną część podróży i niemało namieszała…

12 godzin do stolicy Laosu

Do stolicy Laosu -Vientian jechali z Pakse 12 godzin.

– Samo miasto nie sprawia wrażenia wielkiej atrakcji turystycznej, ale nie można mu odmówić uroku, jest tu niemało ciekawej, kolonialnej zabudowy, przyjemna promenada nad rzeką, kilka bardzo ładnych świątyń. Kilkanaście kilometrów za miastem znajduje się Buddha Park, rodzaj dużego ogrodu z niemal setką posągów Buddy (oraz bóstw hinduistycznych), z czego niektóre są imponujących rozmiarów. W Vientiane, jak to w stolicy, bez problemu można zaopatrzyć się w wizy do sąsiednich krajów. Dalej ruszyliśmy już do granicy z Wietnamem…

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud