home
Advertisement

Z Jackiem Słowakiem przez świat

  • Napisany przez:
  • Skomentuj
  • Pin it

W Indiach ekipa Jacka Słowaka, nauczyciela Społecznej Akademii Nauk w Kielcach spędziła nieco więcej czasu. Zwiedzono m.in. święte miasto Hindusów Waranasi, rzekę Ganges, Kalkutę… – Pobyt w Indiach obfitował w wydarzenia, wyczerpał nas psychicznie, mieliśmy dość przebywania w tym nieustannym chaosie, tłoku, brudzie, śmieciach, zgiełku – podkreśla pan Jacek.…

Okradzeni przez małpy

W Agrze, zanim wyruszono na dalsze zwiedzanie miasta zakotwiczono się w hostelu.

– Ponieważ była tam do dyspozycji pralka – postanowiliśmy nareszcie wyprać nasze rzeczy, które od kilku tygodni zalegały w plecakach brudne. Skoro zrobiło się pranie, to trzeba je powiesić – a gdzie indziej wieszać jak nie na balkonie? Powiesiliśmy i zadowoleni z siebie ruszyliśmy uprawiać turystykę. Nie wzięliśmy jednakże pod uwagę jednej drobnej kwestii, która dla miejscowych jest oczywista. Po powrocie nie zastaliśmy prania na balkonie. Za to małpy, których było tam mnóstwo, biegały po dachach poubierane w nasze ciuchy – wspomina pan Jacek.

Celem wyprawy było zobaczenie Czerwonego Fortu.

– Do fortyfikacji prowadziła droga przez monumentalną bramę Amar Singh, która była niegdyś zarazem miejscem kaźni – za czasów Akbara zrzucano z niej skazanych na śmierć dostojników. Do wewnętrznej części fortu prowadziła kolejna brama z górującą nad nią dwupiętrową ośmioboczną Wieżą Jaśminową zwieńczoną złoconą kopułą – podkreśla Jacek Słowak.

Ogromny tłok i pełno szczurów

Następnym przystankiem miało być położone nad rzeką Ganges święte miasto Hindusów Waranasi.

– Wraz z Majkim i Łukaszem mieliśmy się tam dostać pociągiem. Wykupiliśmy bilety na kurs o godz. 23 wieczorem. Niestety pociąg miał opóźnienie. Nasze czekanie trwało do godziny 5 rano. Spaliśmy na dworcu, wciśnięci w tłum Hindusów, w takim tłoku, że żeby przejść za potrzebą, trzeba było deptać po posłaniach i pakunkach – mówi Jacek Słowak.

Na dworcu panował ogromny tłok, a do tego wszędzie pełno było szczurów wielkości dorosłego kota.

– Było ich może tylko trochę mniej niż ludzi stłoczonych w tym dusznym miejscu. Powiedzieć, że spaliśmy, byłoby więc dużą przesadą. Z braku lepszego zajęcia leżeliśmy więc i każdy pilnował by do torby nie wprowadziła mu się przypadkiem szczurza rodzinka. Te gryzonie były wszędzie i wchodziły w wszędzie – pakowały się bezczelnie do toreb, wchodziły na nogi, na posłania – opowiada.

Pociąg podjechał przepełniony ludźmi i tylko cudem naszym podróżnikom udało się wcisnąć do środka.

– O miejscach, które mieliśmy wyznaczone na biletach z miejsca można było zapomnieć, w tym ścisku należało uważać, by nie zrobić za dużego wydechu. Pasażerami byli tam w miażdżącej większości starsi, w podeszłym wieku ludzie. Pierwsza myśl – pewnie jadą na jakieś uroczystości pogrzebowe. Tak było w istocie – lecz każdy z nich zdążał do Waranasi na SWÓJ WŁASNY pogrzeb. Ale o tym później…

Płonące stosy ze zmarłymi

Kiedy ekipa wysiadła z pociągu pojawił się problem z dotarciem do hostelu.

– Przed wyjazdem przez Internet zamówiliśmy sobie miejsce do spania w jednym z tamtejszych tanich hosteli, więc zaraz po przyjeździe szukaliśmy tego lokalu. Bezskutecznie, chodziliśmy wielokrotnie w te same miejsca. W końcu znowu zaczepił nas jakiś hinduski przechodzień, który oczywiście chciał nas zaprowadzić do świetnego, taniego hostelu oddalonego tylko 3 minuty drogi od nas. Poszliśmy z nim. Wyprowadził nas w jakieś ciemne kręte ulice, w jakąś dzielnicę, gdzie kręciło się wielu podejrzanie wyglądających typów. Szliśmy i szliśmy, z trzech minut zrobiła się godzina, potem następna, aż zapadł wieczór i wreszcie trafiliśmy – wspomina pan Jacek.

Rano ruszyli zwiedzać. Przeszli pieszo nad Ganges i trafili do miejsca, gdzie w niedużej odległości od siebie płonęło 15 stosów – palono zmarłych.

– Gdy staliśmy gapiąc się w osłupieniu zagadał do nas jakiś starszy człowiek stojący obok Majkiego. Dowiedzieliśmy się, że ogień płonie tutaj 24 godziny na dobę, a co jakiś czas (wg naszego rozmówcy jeden człowiek pali się 3,5 godziny), donoszone są leżące na marach ciała przystrojone pomarańczowymi kwiatami. Wkłada się je do ognia i płoną. Marzeniem wielu Hindusów jest, aby ich ciała potraktowane właśnie w taki sposób i właśnie w tym miejscu – pragną, by ich prochy zostały rozsypane po świętej rzece Ganges. Strefa, w której płoną stosy nazywa się Manikarnika Ghat. Znajdują się tutaj umieralnie – budynki mieszczące swego rodzaju kwatery dla przybywających z całego kraju rzeszy starców i ludzi chorych. W tych kwaterach przybysze czekają na śmierć. Tutaj właśnie zdążali wszyscy ci staruszkowie, którzy wypełniali pociąg, gdy wyjeżdżaliśmy z Agry. Patrząc na płonące stosy czekają, aż nadejdzie ich kolej – dodaje.

Wykupił się za 100 rubli

Mimo, iż podróżnicy zostali uprzedzeni, że nie wolno niczego fotografować postanowili zaryzykować.

– Pokusa, by utrwalić kilka obrazów zwyciężyła. Majki włączył ukradkiem kamerę i zaczął nagrywać, mnie udało się zrobić z ukrycia kilka zdjęć. Niestety ktoś zauważył co kombinowałem i natychmiast ruszyła w moją stronę grupa Hindusów. Majki stał w pewnym oddaleniu, nie przyłapali go – opowiada Jacek Słowak.

Pan Jacek zaczął uciekać, niestety został zatrzymany.

– Chcieli zabrać mój aparat. Oddać aparat, na którym mam wszystkie zdjęcia i filmy z podróży? W życiu! Krzyczeli, że wezwą policję – zgodziłem się. Ciągle mnie przytrzymując zaczęli prowadzić mnie w kierunku ognisk. Zaraz! Gdzie wy idziecie!? – wrzasnąłem – „Na stos. Spalimy Cię!” usłyszałem w odpowiedzi! Szarpiąc mnie, ciągnęli dalej, trzymali za głowę, za ręce, za ubranie. Postanowiłem załatwić to po słowiańsku – przestałem stawiać opór, więc i ich uściski zelżały. Szybko wyjąłem z kieszeni pieniądze i zaproponowałem, byśmy się dogadali. Podziałało. Wykupiłem siebie i mój bezcenny aparat za 100 rupii. Pierwszy raz w czasie tej wyprawy chciwość Hindusów uwolniła mnie z tarapatów. Cała awantura trwała prawie godzinę – dodaje.

Makabryczne widoki

Dalsze zwiedzanie kontynuowano łódką.

– Z rzeki unosił się odór nie do wytrzymania. Podpływając bliżej Manikarnika Ghat dało się zauważyć, że im bliżej miejsca, gdzie wysypywano prochy, tym więcej ludzi wchodziło do wody zanurzając się po szyję – opowiada pan Jacek. – Kąpali się tam i obmywali swoje ciała cuchnącą cieczą. Z trudem powstrzymywaliśmy torsje, gdy na własne oczy widzieliśmy, jak dwoje ludzi weszło do rzeki z małymi szczoteczkami i zaczęło używać tej wody do mycia i płukania zębów. Na powierzchni unosiły się wzdęte truchła zwierząt. Zwierząt bowiem nie wolno palić, gdy padną – rzuca się je w całości do rzeki. Podobnie rzecz się ma z trędowatymi, osobami ukąszonymi przez żmiję, kobietami w ciąży, świętymi Ascetami zwanymi Sadhu oraz… noworodkami. W pewnej chwili zauważyliśmy dryfujący wśród śmieci kształt, który początkowo wzięliśmy za martwą małpę. Gdy okazało się, że oto mamy przed oczami zwłoki małego dziecka, przyszedł kres naszej wytrzymałości. Było to tak makabryczne, okropne i oburzające, że jeszcze długo potem nie mogliśmy się otrząsnąć. Wiele rzeczy w życiu widziałem, ale rzadko oglądałem taką potworność. Czym prędzej stamtąd uciekliśmy – dodaje.

Kierunek Kalkuta

Po mieście poruszano się rikszami.

– Kalkuta jest chyba jedynym miastem na świecie, gdzie riksze ciągnięte są przez ludzi, w dodatku bosych. Zarabiają rikszami, żyją w rikszach, śpią w rikszach i nierzadko również umierają w rikszach. Miasto jest bardzo zatłoczone, zamieszkuje w nim 15-milionowa rzesza ludzi. W kręgu kultury europejskiej Kalkuta nieodłącznie kojarzona jest z postacią Matki Teresy – laureatką Pokojowej Nagrody Nobla, błogosławioną Kościoła Katolickiego. Byliśmy zaskoczeni, kiedy w samej Kalkucie właściwie nie pielęgnuje się pamięci o Matce Teresie i jej dziele. W mieście działa do dziś założone przez nią Zgromadzenie Misjonarek Miłości prowadząc hospicja dla umierających i chorych na trąd, czy przytułki dla bezdomnych dzieci i młodzieży – podkreśla pan Jacek.

Zwiedzono dzielnicę BBD Bagh – skupisko wielu kultur, miejsce ciekawych architektonicznie miejsc, zabytków, obejrzeli Memoriał Królowej Wiktorii, wykonany z białego marmuru, katedrę św. Pawła, tamtejszy bazar.

Indie dały się we znaki.

– Łukasz zdecydował się zrezygnować i nie towarzyszyć nam w podróży do Bangladeszu. Indie go zszokowały i nadwątliły siły. Przygnębiające sceny i przejawy ogromnych nierówności społecznych, rażące kontrasty tego kraju zniechęciły go do dalszej podróży. Pragnął jak najszybciej wrócić do Polski – podsumowuje Jacek Słowak.

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud