home

Z Jackiem Słowakiem przez świat

  • Napisany przez:
  • Skomentuj
  • Pin it

Kolejnym punktem podróży dookoła świata ekipy Jacka Słowaka, nauczyciela Społecznej Akademii Nauk w Kielcach był Iran. Z Baku do granicy z Iranem dotarli autobusem. – Było to pierwsze państwo na trasie naszej wyprawy, które nawiedzałem po raz pierwszy – podkreśla podróżnik.…

Zaczęli od wizyty w komisariacie

Wjazd do Iranu i pobyt w nim budził wśród całej ekipy pewne obawy.

– Wcześniej wiele czytaliśmy na temat panującej tam obecnie sytuacji społeczno-politycznej, narodziło się wiele pytań, na które nie potrafiliśmy udzielić jasnych odpowiedzi. Pytania o bezpieczeństwo, kwestia fundamentalizmu islamskiego… – podkreśla Jacek Słowak.

Pierwszy problem pojawił się już na przejściu granicznym.

– Majki miał w paszporcie wizę Stanów Zjednoczonych. Wzbudziło to podejrzliwość służby granicznej w taki stopniu, że zostaliśmy obaj zaprowadzeni na komisariat i przez półtorej godziny byliśmy przepytywani po wielokroć o cel przyjazdu, o to, co zamierzamy robić w Iranie, przy czym w powietrzu unosiła się atmosfera nieufności i wyraźnie widać było, że nasze wyjaśnienia, że jesteśmy podróżnikami zwiedzającymi świat nie przekonują funkcjonariuszy – opowiada podróżnik. – Ostatecznie pomogło nam to, że w naszych paszportach mieliśmy wizy z wielu różnych państw, co przemawiało na poparcie naszych wyjaśnień. Zostaliśmy wpuszczeni do Iranu.

W deszczu łapali okazję

Również pogoda nie przywitała podróżników łaskawie.

– Około godz. 1 w nocy staliśmy przemoczeni do suchej nitki na jakimś samotnym przystanku, wszędzie wokół było pełno szczurów, które nie czując strachu przed ludźmi niemal wchodziły nam na nogi – wspomina Jacek Słowak.

Mokli tak do rana aż wreszcie udało im się złapać pojazd… to była to cysterna, którą zabierano mleko.

– Dojechaliśmy nią kilka kilometrów do autostrady, gdzie później zdołaliśmy „wymachać” transport do Teheranu. Zatrzymaliśmy się tam na trzy dni, nie dając sobie zbyt wiele czasu na odpoczynek – chcieliśmy zwiedzić jak najwięcej ciekawych miejsc – mówi podróżnik.

Ekipie udało się trafić na największy w Iranie teherański bazar.

– Aż kręciło się w głowie od ogromu ludzi i towarów. Z jednej trony kilometrowa uliczka, gdzie rozłożono samą tylko biżuterię, na drugiej morze dywanów, na trzeciej, prostopadle do dywanów – orzechy, przyprawy, na czwartej – koszule, czadory dla irańskich kobiet, chusty, tkaniny i wiele, wiele innych rzeczy. Dotarliśmy też do imponującej marmurowej wieży Azadi, która jest symbolem Teheranu, wzniesiona dla upamiętnienia 2500-lecia powstania Imperium Perskiego. Otoczona jest ona kompleksem muzealnym obejmującym łącznie obszar 5000 mkw. Zwiedzanie zajęło kilka godzin.

Spotkanie z Polakiem

Z Shiraz ekipa wyprawy udała się do Persepolis, by zwiedzić starożytne grobowce królewskie. Na swojej drodze spotkali Polaka – Michała, stażystę w ambasadzie polskiej w Iranie.

– Jego uwagę zwróciły koszulki z nazwą naszego kraju, które mieliśmy na sobie. Podczas obiadu, który zjedliśmy w towarzystwie Michała dowiedzieliśmy się, że w Teheranie żyje pewna 94-letnia Polka – Henryka Lewczyńska, która od 40 lat stara się bezskutecznie o polski paszport. Niestety nasza radość z tej informacji została stłumiona komunikatem, że pani Lewczyńska nie udziela wywiadów – wspomina pan Jacek.

Z Michałem nasi podróżnicy spotkali się ponownie kilka dni później w miejscowości Jazd. Tam tez poinformował ich, że pani Henryka

uzyskała upragniony polski paszport.

– Postanowiliśmy wspólnie zwiedzić starożytne miasto, o którym wielu mówi, że jest najstarsze na świecie. Najlepszą taktyką do zwiedzania tego miejsca to po prosu zgubić się – kręcić się po wąskich, klimatycznych uliczkach, skręcać w zacienione zaułki, zaglądać, oglądać, iść gdzie nogi poniosą, fotografować – szczególnie pięknie wychodzą na zdjęciach tzw. Łapacze Wiatru (bagghir) – wysokie kominy, które w istocie służą do klimatyzowania pomieszczeń w domach, stoją tutaj już od tysięcy lat i, o dziwo funkcjonują dziś tak samo jak w dniu, kiedy zostały zbudowane. Gorące irańskie powietrze zasysane jest do komina i kierowane do piwnicy budynku, gdzie ochładza się, mieszając z powietrzem wydostającym się z podziemnego tunelu z wodą. Wynalazek ten jest tak niezawodny, że przywożony zimą z gór lód może być z powodzeniem przechowywany w piwnicach przez całe upalne lato – podkreśla Jacek Słowak.

20 godzina na pomarańczach

Po rozstaniu z Michałem, który wrócił do Teheranu, ekipa udała się w dalszą drogę.

– Chcieliśmy bardzo znaleźć pewną przepiękną oazę, która podobno znajdowała się na pustyni gdzieś w okolicach miejscowości Tabas oddalonej jakieś 700 km od nas – mówi Jacek Słowak. –  Na autostop w Iranie zatrzymuje się niemal każdy, ale wszyscy kierowcy jak jeden mąż pytają zawsze o to samo – o wyznanie i o Koran. Z ostrożności staraliśmy się unikać jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie i być może dlatego trochę trwało zanim wreszcie złapaliśmy dużą ciężarówkę wiozącą pomarańcze. Tony pomarańczy. Przejechaliśmy nią 20 godzin, będąc dosłownie przykryci pomarańczami. Wszędzie pomarańcze. Zapasy w plecakach były na wyczerpaniu, więc jedliśmy te pomarańcze i spaliśmy w pomarańczach. Jedliśmy je prawie 2 dni, brzuchy potem bolały nas przez 4… ale nigdy już podczas wyprawy nie pachnieliśmy tak pięknie jak wtedy. Zapach pomarańczy prześladował nas później jeszcze długo – dodaje.

Ze skręconą kostką 6 godzin na nogach

Do oazy podróżnicy dostali się wynajmując miejscowego.

– Widok był rzeczywiście cudowny – na środku pustyni, w warkoczu gór wyspa soczystej bujnej zieleni, przecięta wstęgą rzeki. Wśród tej zieleni moc owoców: ananasy, figi, kokosy, pomarańcze, kiwi, grejfruty, mandarynki. Byliśmy bardzo głodni, a trafiliśmy na rajską ucztę. Ale, jak to na pustyni – w dzień temperatura w słońcu nawet 60 st. C, w cieniu – niewiele chłodniej, zaś nocą dotkliwe zimno, blisko 0 stopni. Z powodu zimna nie zmrużyłem oka przez całą noc, około godz. 5 wyrwałem się z odrętwienia i poszedłem nazbierać owoców na śniadanie. Wyrwałem parę ananasów, a napotkawszy piękne drzewo figowca, wspiąłem się na nie, żeby posmakować jego owoców i zabrać trochę dla Majkiego. Jeden fałszywy ruch i w mgnieniu oka leżałem na ziemi przez chwilę nie wiedząc co się wokół dzieje. Poczułem przenikliwy ból w kostce – trafiłem na kamień, noga skręcona. Wróciłem do obozu, dla złagodzenia bólu trzymałem nogę w potoku – opowiada pan Jacek.

Wtedy otrzymali informację, że Henryka Lewczyńska zgodziła się odbyć z nimi rozmowę. Chcieli natychmiast wracać. Pan Jacek ze spuchniętą i coraz bardziej bolącą nogą przeszedł sześć godzin.

– Noga spuchła niewyobrażalnie, całkiem „wyszła z buta”, a z powodu upału ból stawał się trudny do zniesienia. W termosach i bidonach mieliśmy zapasy zrobione z wody kokosowej, ale w tej spiekocie zdążyła się już kilka razy zagotować, więc nie nadawała się do picia – wspomina.

Życie uratowała im śmierdząca kanapka

Przeciwności losu było więcej. W drodze zostali zostali zaatakowani przez stado kilkunastu pustynnych psów.

– Było ich chyba ze 12, rzucały się do kąsania, były tak natarczywe, że aby się bronić szliśmy plecy przy plecach – odpędzając je z dwóch stron. Wiedzieliśmy, że jeśli choć jeden z nich tylko kogoś draśnie i wypłynie krew, to reszta w szale w końcu rozszarpie nas na strzępy. W pewnym momencie zdołaliśmy odpędzić je na tyle, by zdjąć plecaki i móc dostać się do owoców, których całe szczęście – nawkładaliśmy tam wielkie ilości. Ciskaliśmy nimi z całych sił w nadbiegające psy – podziałało to na tyle, że w ciągu kilku następnych godzin powolnego marszu psy podążały za nami w pewnym oddaleniu. Kiedy nie było już za bardzo czym rzucać, Majki jeszcze raz przetrząsnął swój plecak i w jakiejś skarpecie znalazł cuchnącą już kanapkę z wędliną. Wziął zamach i rzucił ją przed biegnące stado. Psy, gdy tylko poczuły padlinę, rzuciły się jak szalone wyrywając sobie zdobycz z pysków. W życiu nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś życie uratuje mi śmierdząca kanapka! Mieliśmy tylko kilka chwil, żeby jak najszybciej się oddalić. Noga okropnie bolała ale nie było chwili do stracenia, więc zacisnąłem zęby i biegłem – dodaje.

W końcu na drodze zobaczyli człowieka prowadzącego niewielki motor, zatrzymali go i wpakowali się z ekwipunkiem. Podwiózł ich do drogi asfaltowej, skąd złapali transport do Tabas.

– Droga była ciężka, byłem półprzytomny z powodu bólu nogi i zmęczenia, Majki dostał porażenia słonecznego, czuł się bardzo źle. Dowlekliśmy się do dworca autobusowego gdy była już noc, tam wsiedliśmy do autobusu do Teheranu.

Tego samego dnia mimo zmęczenia spotkali się z Henryką Lewczyńską.

– To elegancka starsza pani, mówi piękną czystą polszczyzną, mimo iż z Ojczyzny wyjechała jako 6-letnia dziewczynka. Przeżyła transport bydlęcymi wagonami, widziała śmierć ludzi w nieludzkich warunkach. Wyszła za Ormianina, ma dwóch synów. W Polsce była dotąd trzy lub cztery razy odwiedzić Kraków, Wieliczkę, Warszawę, Mazury – gdzie żyje jeszcze jej siostra. Nie zamierza już wracać do Polski, nie ma nikogo, kto by na nią czekał. Zapytana, dlaczego tyle lat walczyła o polski paszport, odpowiedziała, że to ze względu na wnuki – chce, by nie zapomniały o swojej tożsamości narodowej, by pamiętały o Ojczyźnie, by były polskimi obywatelami. Dała nam wspaniałą lekcję patriotyzmu, to był zaszczyt móc poznać historię życia tej kobiety – dodaje pan Jacek.

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud