Z Jackiem Słowakiem przez świat

Gorące tematy Rozmaitości

Kolejny etap podróży ekipa wyprawy dookoła świata pod wodzą Jacka Słowaka, nauczyciela Społecznej Akademii Nauk w Kielcach, spędziła w Peru. Oczywiście i tym razem nie obyło się bez przeszkód. W Bogocie omal nie zostali okradzeni, a Jacek został przewieziony na policję…

Przygoda z policją

W oczekiwaniu na samolot do Peru strudzeni podróżnicy postanowili coś zjeść.

– Żołądek uparcie przypominał, że od dwóch dni niemal nic nie jadłem (nie licząc kilku kubańskich owoców), więc oznajmiłem moim towarzyszom, że idę szukać czegoś do zjedzenia na szybko. Poszliśmy wszyscy, prócz Sebastiana, który strzegł bagaży – opowiada Jacek Słowak.  – Pokrzepieni miejscowymi specjałami typu fast-food wracaliśmy korzystając z ruchomych schodów. Zjeżdżając na dół dobrze widzieliśmy Sebastiana siedzącego przy plecakach. Kiedy i on nas spostrzegł dał na migi znać, że skoro wracamy, to on pójdzie skorzystać z toalety – dodaje.

Tą chwilę postanowił wykorzystać miejscowy złodziejaszek.

– Błyskawicznie do naszych rzeczy podkradł się jakiś człowiek i bez ceregieli zaczął je przetrząsać. Widząc to, zerwaliśmy się i popędziliśmy ile sił w stronę złodzieja. Wzburzony chwyciłem go i trochę nim potrząsnąłem, dołączając niezbyt mocny cios (na ostudzenie złodziejskiego zapału) – tak, że się przewrócił. Całe zamieszanie nie uszło uwadze otoczenia i za chwilę była już przy nas policja – wspomina Jacek.

Policja poprosiła Jacka, by udał się z nimi na komisariat, by wyjaśnić zajście. Wtedy okazało się, że złodziej oskarżył Jacka o pobicie.

Wylądował w celi

– Sytuacja się skomplikowała, funkcjonariusze oznajmili, że konieczne będzie przewiezienie mnie i „poszkodowanego” z lotniska do innego komisariatu w Bogocie. Samolot do Peru miał odlatywać za 3 godziny. Złodziej upiera się, że został pobity. Przyjechaliśmy na komisariat około godz. 17, więc akurat w porze, kiedy kończyła się zmiana. Oznajmili, że muszą przetrzymać nas obu do czasu, aż nadejdzie zmiana funkcjonariuszy, którzy przyjęli zgłoszenie – wspomina Jacek.

– Uznałem, że najlepiej będzie nie wychylać się zanadto w tym zacnym gronie, więc usiadłem w kącie starając się zajmować jak najmniej przestrzeni życiowej moich nowych znajomych. W celi przyszło spędzić Jackowi 6 godzin. Rano go przesłuchano.

–  Przyprowadzili też niedoszłego złodzieja. Wyraźnie „zmiękł”, w efekcie czego chwilę później zostałem odwieziony na lotnisko, gdzie na koszt policji przebukowano bilety na lot następnego dnia. Moi koledzy, nie chcąc opuszczać mnie w tarapatach, przez czas mojej „odsiadki” zdążyli zwiedzić Bogotę – dodaje Jacek.

 Lima

Plaza de Armas to najważniejszy plac w mieście. Od 1650 r. sercem Plaza de Armas jest piękna fontanna z brązu, stanowiąca miejsce spotkań turystów i mieszkańców.  Plac otaczają jeszcze: Palacio Municipial (ratusz), Pałac Arcybiskupa z pięknie zdobionymi balkonami, a także muzea i galerie. Innym bardzo ważnym dla Peruwiańczyków miejscem o charakterze religijnym jest konwent klasztorny św. Franciszka, również barokowy, przepięknie zdobiony, w którego chłodnych podziemnych korytarzach pogrzebano ok. 75 tysięcy zmarłych. W specjalnych podziemnych salach stoją przeszklone skrzynie, a w nich poukładane rzędami czaszki i kości ludzkie. Już sam widok powoduje zimny dreszcz – wspomina Jacek Słowak.

W dawnej stolicy państwa Majów

Z Limy udali się do Cuzco. Czas ich gonił dlatego zdecydowali się na przelot samolotem.

– W dawnej stolicy państwa Majów po raz pierwszy zetknęliśmy się z tradycją żucia koki. Tutaj nawet biura turystyczne częstują klientów liśćmi tej rośliny, z których można także parzyć mate de coca – opowiada Jacek. – Żucie koki lub picie jej wywaru rozrzedza krew, u turystów łagodząc dokuczliwe objawy, a tubylcom po prostu umożliwiając „bezawaryjne” funkcjonowanie. Zapobiega obrzękowi płuc, pomagając utrzymać prawidłowe ciśnienie krwi sprzyja gojeniu się ran. Tak więc liście koki w postaci suszu, batoniki i cukierki z koką dostępne są w każdym hostelu, na każdym targowisku i w każdym sklepie. Również w każdej restauracji można poprosić o herbatkę z koki. Takie specyfiki dodają energii – podkreśla Jacek.

– Cuzco to inkaskie miasto położone na wysokości 3326 m.n.p.m. Założone na początku XIII w. było stolicą Imperium Inków przez ok. 320 lat, czyli do chwili, w której Hiszpanie wkroczyli do Ameryki Południowej. W języku keczua oznacza tyle co „pępek świata”. W efekcie niszczycielskich działań kolonizatorów, z powierzchni ziemi zostało zmiecionych wiele oryginalnych inkaskich budowli, jednakże pozostałości niektórych z nich przetrwały do dnia dzisiejszego.

Zwiedzili monumentalną katedrę pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny – zbudowaną na fundamentach pałacu Inki Wirakoczy.

– Obok katedry, na tyłach pochodzącego z XVI w. kościoła jezuitów zachowany jest Amarucancha – Dziedziniec Węży, otoczony imponującym masywnym inkaskim murem. Dzisiaj dziedziniec wypełniają po brzegi stragany z pamiątkami – dodaje.

Kilkadziesiąt kilometrów na piechotę

– Cuzco było naszą bazą wypadową do legendarnego Machu Picchu. Jeszcze na lotnisku zaproponowano nam wycieczkę połączoną z noclegiem w całkiem przyzwoitej cenie, nie musieliśmy więc martwić się o transport i dach nad głową – opowiada Jacek.

Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów przejechali drogą asfaltową, a później czekał na nich wyjeżdżony ziemny szlak poprowadzony nad urwiskami i przepaściami.

– Szliśmy 10 km! Po drodze mijający nas kierowcy trąbili klaksonami, chcąc dalej nas podwieźć. Nie skorzystaliśmy. Wiedzieliśmy, że powinniśmy dotrzeć do Aguas Calientes, a stamtąd będzie już niedaleko do Machu Picchu.

– O godz. 6 rano temperatura sięgała już ze 30 stopni Celsjusza! Koszulki były mokre od potu w kilka minut po wyjściu. Duszno, ciemno, a w dodatku jeszcze padał rzęsisty deszcz. Zaczęło się rozwidniać, gdy doszliśmy mniej więcej do połowy wysokości góry. Nie zorientowalibyśmy się, że jesteśmy na miejscu, gdyby…nas o tym nie poinformowano – wspomina Jacek. – Wszystko spowijała gęsta, mleczno-szara i… irytująca mgła, ograniczając widoczność do zaledwie kilku metrów. Dopiero gdy minęła godz. 10 wiatr uratował sytuację, a przez chmury zaczęły przebłyskiwać promienie słońca, odkrywając niewątpliwy urok Machu Picchu…

Legendarne „miasto w chmurach”

– Machu Picchu zostało założone w takim miejscu, aby nie można było go dojrzeć z niższych rejonów gór. Budowniczym wyraźnie zależało na jak najlepszym ukryciu miasta, które wkomponowano w górski krajobraz. Oświetlone słońcem, otulone obłokami potrafi zachwycić pięknem i tajemniczością. A w istocie miasto kryje w sobie wiele tajemnic – podkreśla Jacek. – Dane historyczne wskazują, że jego budowę rozpoczęto w 1450 r., a już 100 lat później opuszczono je z nieznanych dotąd przyczyn. Zostało porzucone zanim ukończono jego budowę.W pobliżu Machu Picchu znajduje się Złoty Most Inków – czyli „przyklejone” do skalnej ściany wąskie przejście (bez barierek, umocnień, czy innych tego typu niepotrzebnych instalacji) nad przepaścią. Każdego dnia przechodzi nim tak wielka liczba turystów, że wprowadzono system wpisów. Każdy wchodzący musi złożyć podpis przy wejściu i potem – na drugim końcu mostu. Jeśli pod koniec dnia lista wychodzących jest krótsza niż lista wchodzących – przynajmniej wiadomo kto zginął… Wysoki poziom adrenaliny gwarantowany.

Następnie droga prowadziła na wykute w skałach schody. Doliczyłem do 1300 stopni, potem skapitulowałem…

U.O.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.