Staramy się podążać za naszymi marzeniami. Osiem dni na rowerze i 700 kilometrów w nogach

Gorące tematy Rozmaitości

Wschodni Szlak Rowerowy Green Velo to najbardziej spektakularny projekt rowerowy, jaki do tej pory zrealizowano w Polsce. To ponad 2000 km specjalnie wytyczonej trasy (trasa główna 1887,5 km, trasy łącznikowe i boczne: łącznie 192 kilometry), którą od początku do końca przygotowano po to, aby dawała radość podróżowania i poznawania.

Szlak wiedzie przez pięć województw wschodniej Polski (warmińsko-mazurskie, podlaskie, lubelskie, podkarpackie i świętokrzyskie). Już samo poznanie każdego z nich z osobna stanowi niezwykłe doświadczenie, a poznanie ich wszystkich zdaje się być jak czytanie wspaniałej baśni. Przejechanie całej trasy Green Velo to nie lada wyczyn. Próby tej podjęli się miłośnicy rowerowych podróży ze Skarżyska – Kamiennej, rodzina Biberów, Justyna, Katarzyna, Andrzej i Zbyszek. Pod koniec lipca, wrócili z kolejnego odcina szlaku. Przejechali z Białegostoku do Sandomierza (blisko 650 kilometrów).

– Już od trzech lat, wakacje dla nas oznaczają aktywny wypoczynek, jedni wybierają się nad morze, jeziora, a my wsiadamy na rowery i jedziemy. Trzy lata temu przejechaliśmy całe wybrzeże na dwóch kółkach, w ubiegłym roku jechaliśmy szlakiem Green Velo z Białegostoku do Elbląga. W tym roku kontynuowaliśmy jazdę szlakiem Green Velo, tym razem w dół do Sandomierza. To 650 kilometrów trasy – podkreśla Katarzyna Biber
.- Chcemy przejechać cały szlak, jednorazowo jest to nie możliwe, bo nie mamy tyle urlopu, dlatego podzieliliśmy go odcinki. Nasz świętokrzyski odcinek z Końskich do Sandomierza już dawno mamy za sobą. Teraz mamy zakończony etap Sandomierz – Elbląg, do przejechania pozostał nam najkrótszy, ale zarazem najtrudniejszy odcinek – podkarpacki. Tam przewyższenia są już duże, ale nic dziwnego przecież to już góry – zaznacza Andrzej Biber.
– Jeździmy na rowerach przez cały rok, więc fizycznie byliśmy przygotowani, przed wakacjami, w ramach treningu przejechaliśmy Szlak Orlich Gniazd jadąc z Częstochowy do Krakowa, to jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce, ponad 200 kilometrów jazdy –  mówi Justyna Biber.

Start z Białegostoku

– Pierwszy dzień tegorocznej wyprawy wschodnim szlakiem rowerowym Green Velo rozpoczęliśmy tradycyjnie w Białymstoku, gdzie dotarliśmy pociągiem. Po dojechaniu na miejsce wsiadamy na rowery i startujemy przed siebie, by poznawać podlaskie tereny. Na początek trasa ponad 80 kilometrów – zgodnie mówią uczestnicy wyprawy.
– Jechało się dość przyjemnie, choć długie kawałki szutrami dawały się nam się we znaki, ciężkie rowery (z całym bagażem) na mokrym szutrze prawie stawały w miejscu, choć było płasko, jechało się ciężko. Po trasie podziwiamy podlaskie cerkiewki i bajkowe krajobrazy. Popołudniem docieramy nad Jezioro Siemianówka, gdzie w miejscowości Rybaki znajdujemy miejsce na nocleg, co ciekawe, nad jeziorem Siemianówka w ramach promocji gminy, można się rozbijać za darmo –  mówi Zbyszek Biber.

– Dzień drugi rozpoczynamy w Rybakach, gdzie po cudnym noclegu nad jeziorem Siemianówka, naładowani energią ruszamy w drogę liczącą blisko 90 kilometrów, cel tego dnia to Czeremcha. I tak przez leśne szutry i asfalty zmierzamy w stronę Hajnówki, gdzie dokonujemy zakupów i jemy pyszny obiad w ukraińskiej knajpce Babuszka. Pielmienie i Kartacze pierwsza klasa, polecamy łatwo dotrzeć, bo blisko szlaku, a i cena przystępna na każdą kieszeń. Posileni jedziemy do Czeremchy, tu zostajemy na nocleg – wspomina Andrzej.
– Ledwo zdążyliśmy rozbić namioty i zjeść kolację, jak rozpętała się burza, lało bardzo mocno przez blisko pół godziny, myśleliśmy, że nie będziemy mieli gdzie spać, jeden z namiotów zaczął przeciekać. Na szczęście przestał padać i lekko przemoczeni mogliśmy udać się na zasłużony odpoczynek – podkreśla Katarzyna.

Pękła „setka”

W trzecim dniu wyprawy zaplanowany był najdłuższy odcinek trasy, ponad 100 kilometrów. Trasa, mimo płaskiej powierzchni i braku podjazdów, dała się we znaki długością. W tym dniu odwiedzamy Świętą Górę Grabarkę, gdzie według legendy jest uzdrawiające źródło. Oczywiście postanowiliśmy sprawdzić moc źródła, napiliśmy się wody i obmyliśmy się. Na pewno ugasiliśmy pragnienie, na efekty uzdrawiające oczekujemy – mówi Zbyszek.
– Warto tam jechać i zobaczyć, jest to najważniejsze miejsce kultu religijnego ruchu prawosławnego. Do cerkwi należy wchodzić w odpowiednim stroju, panie muszą mieć zakryte dekolty, nogi i ramiona  – zaznacza Justyna.

– Po zwiedzaniu kierujemy się dalej w stronę Mielnika, gdzie czekała nas przeprawa promowa przez Bug. W Mielniku zjedliśmy obiad, jest godzina 16.00, a przed nami było jeszcze 50 kilometrów. Dalej kierujemy się do Janowa Podlaskiego i później do wsi Neple, w miarę upływu czasu droga dłużyła się bardzo. No ale trzeba było dojechać do celu. Na miejscu okazało się,że nie ma pola namiotowego i nie mamy się gdzie rozbić. Myślimy o jechaniu dalej do Terespola (jeszcze ok. 15 km), ale zgodnie stwierdzamy, że już nie damy rady. Na szczęście znaleźliśmy nocleg w agroturystyce Kuźnia. Zmęczeni, ale szczęśliwi kładziemy się spać – opowiada Justyna.

W Okunince jak nad morzem

– Po noclegu w komfortowych warunkach startujemy w dalszą drogę, przed nami 85 kilometrów, tym razem nasz cel to Okuninka nad Jeziorem Białym. Jedziemy równolegle z Nadburzańskim Szlakiem Rowerowym kierując się na Terespol i potem przez Kodeń i Włodawę. Trasa to znowu sama przyjemność, nie ma wzniesień, jest tylko trochę szutrów i leśnych dróg, ale dla nas to nic strasznego. Docieramy do Okuninki, jesteśmy tu pierwszy raz i zaskoczyła nas wielkość tego miejsca, poczuliśmy się jak nad morzem, tysiące ludzi i wszędzie deptaki z gastronomią. Rozbijamy się prawie nad samym jeziorem, na polu namiotowym Honoris – podkreśla Andrzej. – Do Okuninki kiedyś wrócimy, bo to fajne miejsce na odpoczynek, a jezioro jest bardzo czyste – zaznacza.

Piasek kołysał ich do snu

– Po noclegu i spakowaniu sakiew jedziemy w stronę miejscowości Sobibór Stacja, gdzie jest pomnik upamiętniający obóz zagłady, niestety nie mogliśmy podjechać pod pomnik ze względu na prace renowacyjne. Więc bez możliwości zwiedzania kierujemy się do Woli Uhruskiej, a dalej przez Poczekajkę, Horodyszcze docieramy do Chełma. W Chełmie rozbijamy namioty na terenie MOSiR, cisza, spokój i całkiem przyjemne miejsce w centrum miasta, a w parku nieopodal odbywał się koncert Piaska, który śpiewał nam do snu –  mówi Katarzyna.
– Z Chełma startujemy rano i kierujemy się na Krasnystaw, wiemy, że w tym dniu czeka nas kilka podjazdów, ale w ostateczności nie są one aż tak straszne, jak to mapa maluje. Trasa jest może trochę bardziej męcząca, ale nie było tragedii, jest dużo asfaltu. Same podjazdy pojawiły się dopiero przed Krasnymstawem. Później wzdłuż rzeki Wieprz kierujemy się szlakiem na Staw Ujazdowski i do miejscowości Nielisz, gdzie po dokonaniu zakupów docieramy do miejscowej Rybakówki nad zbiornikiem wodnym Nielisz. W tym dniu przejechaliśmy 80 kilometrów – relacjonuje Zbyszek.

Chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie

Siódmy dzień (85 km.) jazdy to trasa Nielisz-Huta Krzeszowska i dalsze podziwianie Polski Wschodniej. Pierwszy cel tego dnia to Szczebrzeszyn i odwiedzenie słynnego Chrząszcza co brzmi w trzcinie. Jest, stoi na rynku, choć spodziewaliśmy się czegoś większego – mówi Andrzej.
– Dalej kierujemy się do Zwierzyńca, gdzie koniecznie należy odwiedzić Browar Zwierzyniec i spróbować lokalnego trunku. Za Zwierzyńcem czeka nas 3 podjazdy, ale też dużo fajnych zjazdów nawet 8 % . Dalej przez Biłgoraj kierujemy się na nocleg do Huty Krzeszowskiej, gdzie znajduje się prowadzony przez Pana Wieśka i jego żonę MPR (miejsce przyjazne rowerzystom). Miejsce niesamowite, a sam właściciel, to człowiek z pasją. Można podziwiać obrazy namalowane przez Pana Wiesława, bo to plastyk, Ale również pooglądać mnóstwo ciekawych rzeczy zebranych przez lata przez właścicieli. Cudne miejsce na Roztoczu, gdzie będziemy się starać wrócić – podkreśla Katarzyna.

Docieramy do celu

– Ósmy dzień i zarazem ostatni dzień jazdy w tym roku po wschodnim szlaku rowerowym to dzień płaskiej jazdy przez Roztocze do Sandomierza. Trasa jest w większości asfaltowa i dość szybko się zdobywa kilometry. Szybko i sprawnie docieramy do Sandomierza, czyli do naszego świętokrzyskiego. Po odwiedzinach na rynku i pysznym burgerze w Lapidarium pod Ratuszem rozbijamy się na Campingu Browarnym, polecamy, jest to jedyny działający camping w Sandomierzu – mówi Zbyszek.
– Czas powrotu do domu. Postanowiliśmy dojechać do Ostrowca Świętokrzyskiego, skąd kursują pociągi osobowe do Skarżyska. Trasa Sandomierz – Ostrowiec zawiera tyle podjazdów, że na całym tegorocznym Green Velo tyle nie było przez 8 dni pedałowania Dotarliśmy na pociąg i szczęśliwie wróciliśmy do domu. Zmęczeni, ale z planami w głowach na kolejne wyprawy z sakwami, planujemy dokończyć Green Velo, przejechać szlak wokół Tatr i pojechać na Bornholm. Staramy się podążać za naszymi marzeniami, więc te cele są jak najbardziej realne do zrealizowania w najbliższym czasie – mówią uczestnicy wyprawy.

Zbyszek Biber

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.