Zbyszek Ścisłowicz „Mzungu” ze Skarżyska zdobył Kilimandżaro

flash Skarżysko

W piątek 3 lutego, w Miejskim Centrum Kultury w Skarżysku – Kamiennej odbyła się pierwsza w tym roku Kawiarnia Literacka, tym razem spotkanie odbyło się pod hasłem „Zdobywać marzenia”. Gościem specjalnym był Zbigniew Ścisłowicz, podróżnik, poeta, członek Grupy Literackiej „Wiklina”, który opowiadał o swojej wyprawie na Kilimandżaro.

W Afryce się można zakochać

Jak ktoś tam pojedzie raz, na pewno będzie chciał tam wrócić. Ja na pewno tam wrócę. Na wyprawę do Afryki wybrałem się z Agencją Wypraw 4CHALLENGE z Wrocławia. Nie jest to biuro podróży, ale firma która przygotowuje takich ludzi jak ja do wyprawy przez cały rok. Podróż samolotem trwała całą dobę z przesiadką z Istambule, po 10 godzinach lotu wylądowaliśmy w Nairobi, po drodze trzeba było wypełnić masę dokumentów, wiz przejazdowych, pobytowych, robiono nam zdjęcia twarzy, pobierano odciski palców. Z Nairobi do Moshi pojechaliśmy mały busikiem, 340 kilometrów, tu przez cztery dni przechodziliśmy aklimatyzację. Jest taka zasada, że jak przylatujemy do danego kraju i jest różnica kilku godzin, to tyle dni powinniśmy przechodzić aklimatyzację. To je bardzo ważne, wtedy człowiek ma większe szanse na zdobycie szczytu. Wybrałem agencję 4Challenge dlatego, że oni nie nastawiają się typowo na zdobycie szczytu, tylko przede wszystkim na zdrowie i bezpieczeństwo osób udających się w góry. Wyprawa w obie strony trwała 6 dni, są agencje, które proponują 4 dni, ale to się kończy różnie. W ciągu tych czterech dni aklimatyzacji zwiedzaliśmy miasteczko Moshi i okolice.

Nas był w sumie pięć osób, drugą parę stanowili rolnicy spod Słupska. Zatrzymaliśmy się w hotelu, typowym dla osób, które udają się na wyprawę wysokościową. Błogosławieństwem były jaszczurki, które zjadały wszelkie robactwa, których było mnóstwo. Spaliśmy pod moskitierami, ale mimo to mojego wspólnika, a był nim prezes banku BPH Piotr Cyrol, który opatulił się po uszy i tak został pogryziony. W ramach aklimatyzacji udaliśmy się do wioski Luduczoga, musieliśmy mieć pozwolenie od wodza na przebywanie na ich terenie. Tubylcy mówili na nas mzungu czyli białasy. Mieliśmy okazję sami zmielić sobie kawę, a później przesiać i naparzyć, to była najlepsza kawa na świecie jaką piłem, tak twierdzili również znajomi, jak ich częstowałem po powrocie. Zwiedziliśmy również wodospad Materuni, gdzie woda spada z ponad 100 metrów, podpłynąłem pod niego i nie byłem w stanie wrócić, nie byłem świadomy tego, że tak głowa może boleć od wody. Mieliśmy okazję również spróbować piwa bananowego oraz zobaczyć leczniczą marihuanę, która jest w każdej wiosce tanzańskiej.

Zdobycie Kilimandżaro

Wchodząc do parku narodowego musieliśmy wykupić pozwolenie, każdy bagaż nie mógł przekraczać więcej niż 20 kg. Ja wybrałem trudniejszą trasę, gdzie śpi się w namiotach, każdy z Nas miał trzech tragarzy, w sumie było ich 15, takie są zasady przy zdobywaniu wysokich gór.

Po drodze czekały na Nas miejsca, gdzie w komfortowych warunkach mogliśmy się posilić, czułem się troszkę nie komfortowo, my jedliśmy, a tragarze siedzieli w krzakach i czekali aż skończymy. Jednak po kilku dniach mi przeszło, nasza liderka tłumaczyła nam, że to jest ich praca i się z tego cieszą. Mieliśmy wspaniałego kucharza, na kuchence gazowej potrafił zrobić pizze i zapiekanki, nie wiem jak on to robił. Do dyspozycji mieliśmy tylko ciepłą wodę (pół wiaderka), nie wolno było nam pić wody bezpośrednio z potoków. Nasi tragarze mogli ją pić, jedli ryż, ewentualnie to co zostało po Nas.

Na początku naszej wyprawy, na dole była temperatura 32 stopni, im wyżej, tym było zimniej. Po drodze mieliśmy pięć obozów przejściowych, każdego ranka pobudka o 5 rano. Tragarze zawsze szli przodem, rozbijali namioty, następnego dnia po śniadaniu zwijali cały obóz i jeszcze nas wyprzedzali, aby rozbić kolejny. Mogliśmy to robić sami, ale im wyżej, tym mieliśmy mniej sił. Bardzo często ludzi dopada choroba wysokogórska, co piąta osoba nie jest w stanie wejść na Kilimandżaro. Wybierając się w tak wysokie góry podpisujemy dokumenty i zobowiązania, gdzie całą winę bierzemy na siebie w razie jakiego wypadku na szlaku. Średnio, codziennie na górę próbuje wejść od 100 do 200 osób, duża część odpada po drodze. Droga na Kilimandżaro trwa 4 dni w górę, ostatniego dnia wchodzi się wieczorem. Atak szczytowy rozpoczynał się około godziny 22.00, każdy musi mieć latarkę, jeszcze przed wejściem mieliśmy sprawdzany sprzęt jaki zabieramy ze sobą. Na górze byliśmy o godzinie 6.50. Wchodziliśmy nocą, żeby zdążyć zobaczyć okolicę rano, ponieważ widoczność jest tylko przez około 1,5 godziny, później przychodzą chmury i nic nie widać, tak jest od setek lat. Zejście polega na szosowaniu jak na nartach, jest dużo pyłu, nie wiedzieliśmy jakiej marki mamy ubrania.

Musieliśmy szybko schodzić, mieliśmy tylko godzinę na przespanie się, później dalej w drogę, żeby nie dostać choroby wysokościowej. Po zejściu na dół otrzymaliśmy certyfikaty potwierdzające zdobycie szczytu.

Człowiek tęskni za rodziną i ukochanym miastem Skarżysko

Tęskni się bardzo, chęć powrotu do znajomych, rodziny bardzo człowieka mobilizuje, ale nie do tego, żeby na siłę zdobyć górę, tylko żeby mieć rozwagę i w porę zawrócić. Zdobycie góry to nie wszystko, najważniejsze żeby z niej zejść, najwięcej ludzi ginie schodząc z gór. Pojechałem na Kilimandżaro sam, ale żeby być w porządku wobec żony (zawsze jeździmy razem) pojechała za mną tydzień później. Znajomi mówią, że zdobycie góry to jest nic w porównaniu z tym co ona zrobiła. Pojechała w świat nie znając języka, mając po drodze przesiadkę w Istambule.

Po jakimś czasie już się tęskni za domem, ja tam byłem 3 tygodnie, człowiek jest przywiązany do domu, żony, dzieci, Skarżyska, ukochanego miasta, to jest to za czym się tęskni i chce się wracać.

Najbardziej w Afryce dokuczały mi niebezpieczeństwa, miałem świadomość, że tam może coś nas zaatakować, groźne były bawoły, najmniej, wbrew pozorom lwy. Generalnie tam jest bezpiecznie, nie ma porwań ludzi.

Spełniam swoje marzenia

– Mam taki plan poukładany, gdzie spełniam swoje marzenia, w miarę możliwości je realizuję. Na szczęście mam wyrozumiałego wspólnika w firmie, którego mogę zostawić samego, wiem, że jak wrócę, wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Pieniądze gromadzę latami, wcześniej już wiem mniej więcej, ile dana wyprawa będzie kosztować. Mam w głowie jeszcze różne rzeczy, teraz przegrałem w Andach z Aconcaguą, ale analizując to myślę, że bardzo dobrze, bo wygrałem życie, a są jeszcze inne rzeczy do zrobienia. Na pewno do Afryki wrócę, mam też jeszcze inne pomysły. Chciałbym kiedyś opowiedzieć o podróży z żoną koleją transsyberyjską, może się kiedyś uda. Spełniam swoje marzenia, czego też Państwu też życzę – mówił Zbigniew Ścisłowicz.

Zbyszek Ścisłowicz – Mzungu ze Skarżyska Kościelnego

Zbigniew Ścisłowicz urodził się w 1963 roku w Skarżysku-Kamiennej, z zawodu jest elektrykiem, prowadzi ze wspólnikiem firmę elektryczną. Od kilkunastu lat jest członkiem Grupy Literackiej „Wilkina”. Swoje wiersze wydał w tomiku ” Sztuka słowa zawarta w milczeniu”. W 11. Ogólnopolskim i Polonijnym Konkursie Poetyckim im.Leopolda Staffa jego poezja została nagrodzona i wyróżniona drukiem w pokłosiu konkursu. Jego wiersze znalazły się także w almanachach „Powiat skarżyski romantycznie” i „Wiklinowe strofy”.

Zbyszek Ścisłowicz mówi o sobie, że jest niepoprawnym romantykiem, miłującym życie, ceniącym przyjaźń i dobrą muzykę. Jego wielką pasją jest podróżowanie, z grupą przyjaciół, od kilku lat zwiedza europejskie stolice, podróżując autokarem lub samolotem. W ten sposób zwiedzili już 15. europejskich stolic. Zbyszek Ścisłowicz jest społecznikiem, działa w Stowarzyszeniu Odnowy Zabytków Parafii Świętej Trójcy w Skarżysku Kościelnym oraz jest opiekunem Rycerzy Kolumba przy tymże kościele. Ich charytatywna działalność jest doceniania przez społeczność, pomagają ludziom samotnym, chorym, biednym, potrzebującym dzieciom.

Dodaj komentarz